Rodzina patchworkowa. Jak poukładać życie, gdy łączą się dwie rodziny
Wyobraźmy sobie zwykłą kolację. Przy stole siedzi mama, jej nowy partner, dziesięcioletni syn mamy z pierwszego małżeństwa i dziewięcioletnia córka partnera, która przyjeżdża do nich co drugi weekend. Partner mamy prosi chłopca, żeby odłożył telefon. W odpowiedzi słyszy: „Nie jesteś moim tatą”. Zapada cisza. Każdy z czworga ludzi przy tym stole myśli w tej chwili o czymś innym, ale wszystkich łączy jedno pytanie. Czy my w ogóle jesteśmy rodziną?
Rodzice z rodzin patchworkowych, którzy trafiają do nas na terapię, opisują takie sceny bardzo często. Zwykle dodają też, że przecież bardzo się starają. A mimo to napięcia w domu jest coraz więcej. Skąd ono się bierze? Czego tak naprawdę boją się dorośli, a czego dzieci? Myślę, że żeby na to odpowiedzieć, trzeba spojrzeć nieco szerzej niż tylko na osoby siedzące przy stole. Do takiej rodziny należy przecież również drugi rodzic dziecka, dziadkowie z obu stron, a nierzadko także nowy partner byłego męża czy byłej żony. Każda z tych osób ma swój udział w tym, co dzieje się w domu. Nawet jeśli nigdy w nim nie bywa.
Co to jest rodzina patchworkowa?
Sama nazwa pochodzi od patchworku, czyli tkaniny zszytej z kawałków różnych materiałów. Rodzina patchworkowa powstaje wtedy, gdy przynajmniej jedno z partnerów wnosi do nowego związku dziecko z wcześniejszej relacji. Z czasem często dołącza do niej wspólne dziecko nowej pary. W psychologii mówi się raczej o rodzinie zrekonstruowanej, ale określenie „patchworkowa” wydaje mi się trafniejsze. Każdy z tych „kawałków” ma przecież własną historię, własne przyzwyczajenia i własne straty. Zszycie ich w jedną całość wymaga czasu, a czasem również pomocy z zewnątrz.
Dlaczego w rodzinie patchworkowej bywa trudniej?
Mogłoby się wydawać, że wystarczy dobra wola, żeby wszystko się ułożyło. Jednak z obserwacji terapeutów, którzy od lat pracują z takimi rodzinami, wynika coś innego. Spora część trudności wynika z samej konstrukcji takiej rodziny, a nie z błędów konkretnych osób. Co to właściwie oznacza?
Po pierwsze, w takiej rodzinie od początku są „swoi” i „obcy”. W pierwszej rodzinie para jest ze sobą, zanim pojawią się dzieci. W rodzinie patchworkowej jest odwrotnie. Więź rodzica z dzieckiem jest starsza i silniejsza niż więź nowych partnerów. Rodzic biologiczny stoi niejako pośrodku i czuje się rozdarty. Nowy partner natomiast łatwo zostaje na zewnątrz. Wystarczy, że dzieci przy kolacji zwracają się wyłącznie do mamy.
Po drugie, dzieci przeżywają stratę. Dla dorosłych nowy związek jest szansą na nowe życie. Dla dziecka często oznacza koniec nadziei na to, że rodzice jeszcze kiedyś będą razem. Złość na ojczyma czy macochę jest więc nierzadko swoistą przykrywką. Pod spodem kryje się smutek po tym, co się skończyło, i lęk, że w nowym układzie zabraknie dla dziecka miejsca. Łatwiej jest przecież złościć się na nowego dorosłego, niż przyznać przed sobą, że się cierpi.
Po trzecie, dziecko przeżywa konflikt lojalności. Dziecko, które polubi partnera mamy, może pomyśleć mniej więcej tak: „Jeśli będzie mi z nim dobrze, to zdradzę tatę”. Wówczas dystans wobec nowego dorosłego wcale nie wynika z niechęci do niego. Wynika z lojalności wobec rodzica, którego nie ma w domu. Badacze rodzin zrekonstruowanych opisują to jako poczucie „złapania w środku”. Dzieci czują się tak wtedy, gdy dorośli przekazują sobie przez nie wiadomości, wypytują o drugi dom albo krytykują byłego partnera w ich obecności. Dziecko nie musi uczestniczyć w kłótni dorosłych, żeby nieść jej ciężar.
Po czwarte, są dwa domy i dwa zestawy zasad. W każdym domu inaczej wygląda pora snu, kieszonkowe, czas przed ekranem czy sposób rozwiązywania sporów. Dziecko co tydzień albo co dwa tygodnie przechodzi z jednego świata do drugiego i za każdym razem musi się na nowo „przestawić”.
Opieka naprzemienna, czyli życie w dwóch domach
Coraz więcej dzieci po rozstaniu rodziców mieszka na zmianę u mamy i u taty, na przykład tydzień w jednym domu i tydzień w drugim. Dla dziecka oznacza to dwie szafy, dwa zestawy zasad i plecak, w którym zawsze czegoś brakuje. Co kilka dni musi się przestawić na innych dorosłych, inne przyzwyczajenia, a czasem także na inne rodzeństwo.
Rodzina patchworkowa przy opiece naprzemiennej właściwie ciągle zmienia skład. W jednym tygodniu dom jest pełny i głośny, w drugim nagle cichnie. Nowy partner co kilka dni wchodzi w rolę ojczyma czy macochy, a potem z niej wychodzi. Dzieci obojga partnerów mogą się prawie nie widywać albo spotykać tylko w weekendy. W takim rytmie trudno o wspólne zwyczaje. A to przecież właśnie zwyczaje zwykle „zszywają” rodzinę.
Dziecko, które wraca od drugiego rodzica, bywa przez dzień czy dwa rozdrażnione albo zamknięte w sobie. Dorośli nierzadko odczytują to jako sygnał, że „tam źle na nie wpływają”. Takie myśli bardzo szybko przenoszą się na relację z byłym partnerem. Tymczasem najczęściej jest to po prostu koszt przejścia z jednego świata do drugiego. Pomaga stały rytuał powrotu, na przykład spokojny wieczór bez wypytywania. Pomaga również kilka wspólnych zasad uzgodnionych między domami, choćby co do pory snu czy telefonu.
Błędne koło: wychowanie, opór, wycofanie
Wróćmy do kolacji z początku tekstu i spróbujmy spojrzeć na nią oczami partnera mamy. Gdyby miał nazwać to, co myśli, mogłoby to brzmieć tak: „Czuję się w tym domu trochę jak gość. Chcę, żeby było normalnie, więc pilnuję zasad. Bo przecież jeśli teraz odpuszczę, to nigdy mnie nie uszanują”. Stawia więc granice i zwraca uwagę. Chłopiec słyszy w tym jednak przede wszystkim jedno: obcy człowiek zajmuje miejsce taty. Odpowiada oporem. A partner mamy zaczyna myśleć: „On mnie nie akceptuje, bo jestem kiepskim ojczymem”.
W terapii poznawczo-behawioralnej takie zniekształcenie nazywamy personalizacją. Zachowanie dziecka wynika z jego straty i lojalności wobec taty, a dorosły odczytuje je jako ocenę samego siebie. Pod pilnowaniem zasad kryje się natomiast często nieuświadomiony lęk przed odrzuceniem. Kontrola daje chwilową ulgę, bo na moment redukuje ten lęk. Jednocześnie oddala od tego, na czym tak naprawdę nam zależy, czyli od bliskości.
Mama ma w tym czasie własne myśli. Z jednej strony: „Muszę chronić syna”. Z drugiej: „Muszę zadbać, żeby partner nie czuł się odrzucony”. Raz staje więc po stronie dziecka, raz po stronie partnera. Każdy z nich odbiera to jako brak lojalności wobec siebie, a napięcie przenosi się na związek dorosłych. Zauważmy, że każda z tych osób próbuje zaspokoić jakąś ważną dla siebie potrzebę. Chłopiec potrzebę lojalności wobec taty, partner mamy potrzebę uznania, a mama potrzebę spokoju w domu. Każdy reaguje w sposób dla siebie zrozumiały. Razem tworzą jednak koło, które samo się napędza.
Co ciekawe, badania nad ojczymami pokazują coś, co obserwujemy również w gabinecie. Im bardziej ojczym zabiega o dobrą relację z dzieckiem partnerki, czyli spędza z nim czas i interesuje się tym, co ono lubi, tym mniej jest między nimi konfliktów. Mocniejszy jest wtedy także związek dorosłych i poczucie, że cała rodzina trzyma się razem.
Dlatego w pierwszym okresie dyscyplinę lepiej zostawić rodzicowi biologicznemu. Ojczym czy macocha mogą w tym czasie budować zwykłą, życzliwą relację: przy wspólnym gotowaniu, w drodze na trening, przy szkolnym projekcie. Autorytet przychodzi później i wyrasta właśnie z tej relacji, a nie z pilnowania zasad.
Ile trwa zżywanie się rodziny patchworkowej?
Łatwo ulec złudzeniu, że po kilku miesiącach dobrej woli wszyscy staną się jedną rodziną. Zarówno obserwacje terapeutów, jak i badania mówią jednak coś innego. Zżywanie się trwa zwykle kilka lat, a w części rodzin dłużej. Najtrudniejsze są pierwsze rok lub dwa. Najtrudniej jest wtedy, gdy dzieci mają od 10 do 14 lat, bo w tym wieku same zaczynają oddalać się od rodziców.
Ta wiedza ma znaczenie praktyczne. Dorośli, którzy oczekują szybkiego efektu, łatwo wpadają w myślenie „wszystko albo nic”: „Skoro po roku dalej się kłócimy, to nic z tego nie będzie”. Kiedy jednak wiedzą, że napięcia w pierwszych latach są przewidywalnym etapem, nie traktują każdego trudnego wieczoru jako dowodu porażki.
Gdy pojawia się wspólne dziecko
Dla nowej pary narodziny wspólnego dziecka są często znakiem, że ich rodzina naprawdę się zawiązała. Dla dzieci z wcześniejszych związków to samo wydarzenie może wyglądać zupełnie inaczej. Maluch mieszka na stałe z obojgiem rodziców, ma swój pokój i nikt nie wozi go co tydzień do drugiego domu. Starsze dziecko, które przyjeżdża co drugi weekend albo co drugi tydzień, może pomyśleć: „Oni mają teraz prawdziwą rodzinę, a ja tu tylko bywam”.
Takie poczucie wyobcowania rzadko jest wypowiadane wprost. Częściej widać je w zachowaniu. Dziecko nie chce przyjeżdżać, zaczepia młodsze rodzeństwo, wraca do zachowań, z których dawno wyrosło. Albo przeciwnie, staje się podejrzanie grzeczne i niewidoczne. Sytuację utrudnia to, że rodzice są w tym czasie zmęczeni i skupieni na niemowlęciu, a od starszych dzieci oczekują, że „będą już duże”.
Pomaga to, żeby starsze dzieci miały w domu swoje stałe miejsce, także wtedy, gdy przyjeżdżają tylko na kilka dni. Pomaga czas sam na sam z rodzicem, który nie zależy od rytmu dnia niemowlęcia. Dobrze jest też zapraszać je do kontaktu z maluchem, ale bez obarczania ich rolą opiekunów.
Zazdrość w rodzinie patchworkowej
Zazdrość pojawia się tu w wielu kierunkach naraz. Partnerka bywa zazdrosna o czas, który mąż spędza z córką, albo o jego rozmowy z byłą żoną w sprawach dzieci. Dziecko bywa zazdrosne o nowego partnera mamy i o przyrodnie rodzeństwo. Za zazdrością stoją zwykle myśli z uogólnieniem w środku, na przykład: „Zawsze będę na drugim miejscu” albo „Teraz liczy się już tylko maluch”.
Zazdrość bywa swoistą przykrywką dla innych emocji, najczęściej dla lęku przed utratą i dla poczucia, że moje potrzeby przestały się liczyć. Dlatego tłumaczenie, że „nie ma powodu”, rzadko cokolwiek zmienia. Nie odpowiada przecież na to, czego dana osoba naprawdę się boi. Zazdrość zwykle słabnie dopiero wtedy, gdy każdy ma w rodzinie swoje miejsce. Dziecko ma czas sam na sam z rodzicem, partnerzy mają czas tylko dla siebie, a kontakty z byłym partnerem toczą się według jasnych i przewidywalnych zasad.
Związek nowych partnerów jako fundament
Związek dorosłych jest fundamentem całej tej konstrukcji. Jednocześnie w rodzinie patchworkowej najłatwiej o nim zapomnieć. Kalendarz pary układa się według ustaleń z byłymi partnerami, nierzadko po obu stronach naraz. Weekendy, ferie, święta i wakacje trzeba dopasować do planów dwóch innych domów, a każda zmiana u jednego z byłych partnerów przesuwa wszystko inne. Wieczory, kiedy w domu są dzieci, należą do dzieci. Te, kiedy ich nie ma, wypełniają sprawy odłożone na później.
W takim układzie łatwo o myśl: „Nasz związek musi poczekać, aż wszystko się ułoży”. Odkładanie własnych potrzeb na później prowadzi jednak do ich frustracji. A sfrustrowane potrzeby, jak to zwykle bywa, dają o sobie znać zmęczeniem, pretensjami i poczuciem, że żyjemy obok siebie. Myślę, że trzeba pamiętać o jednym. To właśnie związek dorosłych daje dzieciom poczucie, że nowa rodzina jest stabilna. Pomaga stały czas tylko dla pary, zapisany w kalendarzu tak samo jak terminy dzieci. Może być krótki, ale nie podlega negocjacjom. Jeśli partnerzy nie potrafią porozumieć się w sprawie pieniędzy, zasad w domu i kontaktów z byłymi partnerami, napięcie szybko przenosi się na dzieci. Dlatego dobrze jest rozmawiać o tym we dwoje, zanim pojawi się kryzys. O tym, co dzieje się w związku w rodzinie patchworkowej, piszemy też w rozdziale Związek w sytuacji wyjątkowej poradnika „Płonący dom” oraz w artykule Związek z mężczyzną, który ma dziecko.
Kiedy warto skorzystać z terapii rodzinnej
Warto zgłosić się po pomoc, gdy:
- dziecko odmawia przyjazdów albo po każdym powrocie z drugiego domu długo dochodzi do siebie,
- partnerzy coraz częściej kłócą się o wychowanie dzieci,
- nowy partner czuje się obco we własnym domu,
- dziecko wycofuje się, ma kłopoty w szkole albo wyraźnie zmieniło zachowanie,
- konflikt z byłym partnerem przenosi się na dzieci,
- po narodzinach wspólnego dziecka starsze dzieci czują się w domu obco,
- partnerzy od miesięcy nie mają czasu tylko dla siebie, bo wszystko podporządkowują ustaleniom z byłymi partnerami.
Na terapię rodzinną przychodzi kilka osób z rodziny, zwykle od trzech do sześciu. Terapeuta nie szuka winnego. Pomaga zobaczyć, jak reakcje poszczególnych osób wzajemnie się wzmacniają, i nazwać myśli, które za nimi stoją. Dzieci mogą powiedzieć, co przeżywają, a dorośli wspólnie ustalają zasady, które da się utrzymać w obu domach. Gdy trudność dotyczy przede wszystkim relacji jednego rodzica z dzieckiem, prowadzimy też spotkania rodzica z dzieckiem. Jeśli członkowie rodziny mieszkają w różnych miastach, sesje online pozwalają spotkać się wszystkim naraz.
Najczęstsze pytania
Co znaczy rodzina patchworkowa?
To rodzina, w której przynajmniej jedno z partnerów ma dziecko z wcześniejszego związku. W psychologii nazywa się ją rodziną zrekonstruowaną.
Ile trwa, zanim rodzina patchworkowa się zżyje?
Zwykle kilka lat. Najtrudniejsze bywają pierwsze rok lub dwa, zwłaszcza gdy dzieci mają od 10 do 14 lat.
Czy ojczym lub macocha powinni wychowywać dzieci partnera?
Na początku lepiej, żeby dyscyplinę utrzymywał rodzic biologiczny, a nowy partner budował z dzieckiem życzliwą relację. Rola wychowawcza przychodzi z czasem.
Jak pomóc dziecku, które żyje w dwóch domach?
Pomaga stały rytuał powrotu, spokój zamiast wypytywania o drugi dom i kilka wspólnych zasad uzgodnionych między rodzicami. Rozdrażnienie po zmianie domu jest częste i zwykle mija po dniu lub dwóch.
Jak poradzić sobie z zazdrością w rodzinie patchworkowej?
Pomaga zadbanie o to, żeby każdy miał swoje miejsce: czas dziecka sam na sam z rodzicem, czas partnerów tylko dla siebie i jasne zasady kontaktów z byłym partnerem.
Kto przychodzi na terapię rodzinną?
Zwykle od trzech do sześciu osób, które razem mieszkają albo regularnie się spotykają. Skład sesji ustala się z terapeutą po pierwszym spotkaniu.
Bibliografia
Afifi, T. D. (2003). „Feeling caught” in stepfamilies: Managing boundary turbulence through appropriate communication privacy rules. Journal of Social and Personal Relationships, 20(6), 729–755.
Bray, J. H., i Kelly, J. (1998). Stepfamilies: Love, Marriage, and Parenting in the First Decade. New York: Broadway Books.
Ganong, L., Jensen, T. M., Sanner, C., Russell, L., i Coleman, M. (2019). Stepfathers’ affinity-seeking with stepchildren, stepfather–stepchild relationship quality, marital quality, and stepfamily cohesion among stepfathers and mothers. Journal of Family Psychology, 33(5), 521–531.
Papernow, P. L. (2013). Surviving and Thriving in Stepfamily Relationships: What Works and What Doesn’t. New York: Routledge.






Dodaj komentarz
Chcesz się przyłączyć do dyskusji?Feel free to contribute!