
Część poradnika „Własny dom” · część 3 z 7
Kiedy była chora, zamykała się w sypialni i prosiła męża, żeby do niej nie zaglądał, bo się zarazi. Kiedy miała zły dzień, mówiła, że wszystko w porządku, i szła zrobić kolację. Kiedy mąż przynosił jej herbatę, dziękowała tak serdecznie, jakby wyświadczył jej wielką przysługę, a jednocześnie było widać, że wolałaby, żeby jej nie przynosił. Ma czterdzieści dwa lata, kieruje dużym zespołem i wszyscy wokół uważają ją za osobę, na której zawsze można polegać. Do gabinetu przyszła dopiero wtedy, gdy mąż powiedział jej, że czuje się w tym małżeństwie niepotrzebny.
Podczas jednej z pierwszych sesji opowiedziała o wieczorze, kiedy miała jedenaście lat. Ojciec wyszedł z domu po kłótni, matka płakała w kuchni, a ona zrobiła kolację, sprawdziła lekcje młodszego brata i położyła go spać. Potem usiadła przy matce i siedziała z nią do późna. Zapytana, co wtedy czuła, odpowiedziała po dłuższej chwili, że chyba nic, bo w tamtym domu nie było na to miejsca. A potem dodała zdanie, od którego zaczęła się cała praca: „Ja po prostu nie umiem być słaba przy kimś. Nikt mnie tego nie nauczył”.
To zdanie jest trafniejsze, niż jej się wtedy wydawało. Istnieją rzeczy, których człowiek uczy się od kogoś, i nie da się ich wymyślić samemu, nawet przy największej inteligencji i dobrej woli.
Czego dziecko uczy się od rodzica, a czego nie dostało
Dziecko, które rośnie w dobrym domu, dostaje kilka rzeczy, o których nikt nie mówi, bo wydają się oczywiste. Kiedy płacze, ktoś przychodzi. Kiedy się boi, ktoś mówi, że nic się nie stanie, i to okazuje się prawdą. Kiedy jest zmęczone, może przestać. Kiedy zrobi coś złego, dostaje reprymendę, ale nie przestaje być kochane. Kiedy ma potrzebę, może ją powiedzieć na głos i nie usłyszy, że przesadza. Z takich tysięcy drobnych doświadczeń dziecko buduje w sobie coś w rodzaju wewnętrznego dorosłego. To głos, który w trudnej chwili mówi: „Spokojnie, poradzisz sobie. A jak nie, to poprosisz o pomoc”.
Dziecko z trudnego domu uczy się czegoś zupełnie innego. Uczy się, że kiedy płacze, ktoś się denerwuje albo nikt nie przychodzi. Że kiedy jest zmęczone, i tak musi dokończyć. Że kiedy ma potrzebę, lepiej jej nie mówić, bo potrzeba kogoś obciąża. Że miłość trzeba zasłużyć, a spokój w domu zależy od tego, czy ono będzie wystarczająco grzeczne, ciche i pomocne. Z tych doświadczeń też buduje się wewnętrzny głos, tylko że ten głos nie uspokaja, ale pilnuje. W trudnej chwili mówi mniej więcej tak: „Nie pokazuj, że Ci ciężko, i o nic nie proś. Dasz sobie radę sama, tak jak zawsze dawałaś”.
Kiedy takie dziecko dorasta, nie ma w sobie dorosłego, który mógłby je przytulić, tylko kogoś w rodzaju surowego nadzorcy. Dlatego nawet wtedy, gdy obok jest kochający człowiek, nie potrafi z tej miłości skorzystać. Przez całe dzieciństwo ćwiczyło przecież dawanie i wytrzymywanie, a przyjmowania nie miało okazji przećwiczyć ani razu.
Co to jest reparentyfikacja
Reparentyfikacja to słowo, które składa się z dwóch części. „Parentyfikacja” oznacza odwrócenie ról, w którym dziecko zostaje rodzicem dla własnych rodziców. Pisałam o tym w „Niewidzialnych klatkach”. Przedrostek „re” oznacza „jeszcze raz, od nowa”. Reparentyfikacja to więc rodzicielstwo od nowa. Tyle że tym razem to Ty, dorosły, zostajesz rodzicem dla dziecka, którym byłeś. Dajesz sobie dziś to, czego nie dostałeś wtedy.
Brzmi to prosto, a jest jedną z najtrudniejszych rzeczy w całej terapii. Dlaczego? Bo nie da się dać sobie czegoś, czego się nigdy nie widziało. Osoba, która nigdy nie była pocieszana, nie wie, jak wygląda pocieszenie. Wie tylko, jak wygląda „weź się w garść”. Osoba, która nigdy nie mogła przestać, nie wie, jak się odpoczywa. Wie tylko, jak się zasługuje na odpoczynek, a potem i tak go nie bierze. Dlatego reparentyfikacja prawie nigdy nie zaczyna się w samotności. Zaczyna się w relacji, w której ktoś po raz pierwszy robi to za Ciebie, a Ty możesz to zobaczyć i poczuć.
Jak to wygląda w terapii
W gabinecie reparentyfikacja wygląda na początku bardzo zwyczajnie. Pacjentka opowiada, że w weekend znowu pracowała, bo „ktoś musiał”. Terapeuta nie mówi: „Powinna pani odpoczywać”. To ona słyszała już tysiąc razy i nic jej to nie dało. Terapeuta zatrzymuje się i pyta, co by się stało, gdyby w sobotę rano po prostu została w łóżku. I czeka. Zwykle po chwili pojawia się odpowiedź, która zaskakuje samą pacjentkę: „Nie wiem, chyba bym się bała”. Kiedy terapeuta pyta, czego się boi, słyszy, że coś się rozsypie i że ktoś będzie zły. A kiedy pyta, kto właściwie miałby być zły, zaczyna się prawdziwa rozmowa, bo w pustej sobotniej sypialni nie ma nikogo takiego. Jest tylko głos z dzieciństwa, który wciąż pilnuje porządku.
Terapeuta robi wtedy coś, czego nie zrobił nikt w tamtym domu. Traktuje jej zmęczenie poważnie. Nie bagatelizuje go, nie podziwia jej za wytrzymałość, nie daje rady. Po prostu uznaje, że jedenastoletnia dziewczynka, która kładła brata spać i pocieszała matkę, miała prawo być zmęczona. I że czterdziestodwuletnia kobieta też ma to prawo. Dla wielu osób jest to pierwszy raz, kiedy ktoś tak na nie patrzy. Pierwszy raz, kiedy ich potrzeba nie została nazwana przesadą.
Tego doświadczenia nie da się przeczytać. Trzeba je przeżyć, i to wiele razy, zanim zacznie się układać w nowy wewnętrzny głos. Terapeuta jest w tym procesie przez pewien czas kimś w rodzaju dobrego rodzica, którego zabrakło. Nie zastępuje rodziców i nie udaje ich. Daje jednak to, co dobry rodzic daje dziecku: uwagę, stałość, granice i przekonanie, że z tym człowiekiem wszystko jest w porządku, nawet gdy jest mu trudno. Z czasem pacjentka zaczyna robić to sama. Łapie się na tym, że w zły dzień nie mówi sobie „weź się w garść”, tylko „miałaś ciężki dzień, możesz przestać”. To jest moment, w którym reparentyfikacja przechodzi z gabinetu do jej własnego życia.
Co się zmienia w związku
Najszybciej widać to w związku, i właśnie dlatego piszę o tym w tym poradniku. Kobieta, od której zaczęłam, po kilku miesiącach opowiedziała o czymś, co z pozoru było drobiazgiem. Była przeziębiona. Mąż przyniósł jej herbatę i usiadł na brzegu łóżka. Zwykle w takiej sytuacji mówiła, żeby sobie poszedł, bo się zarazi. Tym razem nic nie powiedziała. Pozwoliła mu posiedzieć. „I wie pani, co było najdziwniejsze? Że on wyglądał na szczęśliwego”.
To jest sedno sprawy. Osoba, która nie potrafi przyjmować, odbiera partnerowi możliwość dawania. On chce się opiekować, a ona traktuje to jak ciężar, który mu sprawia. On chce być potrzebny, a ona pokazuje, że radzi sobie sama. Po latach on czuje się w tym związku zbędny, a ona samotna. Oboje mają rację i oboje się mylą. Reparentyfikacja zmienia ten układ od środka. Kiedy w Tobie pojawia się dorosły, który pozwala Ci być słabym, przestajesz bronić się przed troską drugiego człowieka. Nie dlatego, że on się zmienił. Dlatego, że Ty przestałeś słyszeć w jego trosce zagrożenie.
Czy można to zrobić samemu
Częściowo tak. Są rzeczy, które możesz zacząć robić już teraz, bez nikogo. Możesz zauważać, jakim głosem mówisz do siebie, kiedy coś Ci nie wychodzi. Możesz zadać sobie pytanie, co powiedziałbyś dziecku, które właśnie zrobiło to samo. Możesz raz w tygodniu zrobić coś, co nie służy niczemu poza tym, że sprawia Ci przyjemność, i wytrzymać poczucie winy, które przyjdzie potem. Możesz powiedzieć partnerowi „nie daję rady” zamiast „wszystko w porządku” i zobaczyć, co się stanie.
Jest jednak granica tego, co da się zrobić samemu. Nowego doświadczenia bliskości nie można sobie dostarczyć w pojedynkę, tak jak nie można samemu nauczyć się tańczyć w parze. Potrzebna jest druga osoba. Czasem jest nią partner, jeśli oboje rozumiecie, co się dzieje. Często jest nią terapeuta, bo w gabinecie można zrobić coś, czego w związku zrobić się nie da: pozwolić sobie na bezradność bez lęku, że ktoś się od Ciebie odwróci.
Pytania do refleksji
Nie są testem. Mają pomóc zobaczyć wzorzec w codziennych sytuacjach.
Co mówisz do siebie, kiedy jesteś chory, zmęczony albo coś Ci się nie udało? Gdyby te same słowa usłyszało od Ciebie dziecko, jak by się poczuło?
Kiedy ostatni raz poprosiłeś kogoś o pomoc w czymś, co mogłeś zrobić sam? Jak się wtedy czułeś?
Co robisz, kiedy partner chce się Tobą zaopiekować? Przyjmujesz, odsuwasz, żartujesz, zmieniasz temat?
Czy potrafisz odpocząć, zanim skończysz wszystko? Czy odpoczynek trzeba najpierw zasłużyć?
Kiedy pomaga rozmowa z psychoterapeutą
Jeśli rozpoznajesz w tej części siebie, nie musisz uczyć się tego sam. Prowadzimy psychoterapię dla młodych dorosłych, a gdy dawny wzorzec odbija się na małżeństwie, terapię par. Spotkania odbywają się online i w Warszawie.
O autorce
Marta Mauer-Włodarczak jest psychoterapeutką par i założycielką poradni Sensity. Z parami pracuje od 2006 roku, a w swojej pracy dużo uwagi poświęca rodzinom pochodzenia obojga partnerów i temu, jak dawne wzorce wracają w małżeństwie. Poradnik powstał na podstawie jej praktyki oraz doświadczeń zespołu psychoterapeutów Sensity, który od 2010 roku pomaga pacjentom online i w gabinecie w Warszawie.
Bibliografia
- Young, J. E., Klosko, J. S., Weishaar, M. E. (2014). Terapia schematów. Przewodnik praktyka. Gdańsk: GWP.
- Bradshaw, J. (1990). Homecoming: Reclaiming and Championing Your Inner Child. New York: Bantam.
- Forward, S. (2016). Toksyczni rodzice. Warszawa: Czarna Owca.
- Mellody, P. (1989). Facing Codependence. San Francisco: Harper & Row. Wyd. pol.: Toksyczne związki. Anatomia i terapia współuzależnienia.
Spis treści poradnika · część 3 z 7
Jeśli Twoja sytuacja wygląda inaczej
- „Niewidzialne klatki” – jeśli wciąż jesteś mocno uwikłany w relację z rodzicami i dopiero nazywasz to, co działo się w Twoim domu.
- „Nie mów, nie ufaj, nie czuj” – jeśli w Twoim domu rodzinnym był alkohol.
- „Etapy związku: od zakochania do kryzysu” – jeśli Wasz związek jest już w kryzysie, a kłótnie albo chłód trwają od dawna.

