Mam dwadzieścia pięć lat i nigdy nie byłam w związku. Co mam zrobić, aby się zmienić?
Jestem dwudziestopięcioletnią kobietą i wielkim problemem jest dla mnie kwestia relacji damsko-męskich. Nigdy nie byłam z nikim w związku. Z biegiem czasu zaczęły mnie męczyć moje własne reakcje, których nie jestem w stanie do końca zrozumieć ani kontrolować. Gdy ktoś pojawia się na horyzoncie, ratuję się ucieczką, chociaż tak naprawdę wcale tego nie chcę. Ranię drugą osobę i siebie. Wiem, że ma to związek z moją niską samooceną, ale żadne chłodne i logiczne podejście do sprawy mi nie pomaga. W przeszłości miałam problemy ze sobą i wielkie kompleksy, jednak i tak wtedy było mi łatwiej otworzyć się przed kimś. Czuję, że zbudowałam wokół siebie mur i bardzo ciężko mi go zburzyć. Stan zakochania kojarzy mi się z wielkim rozchwianiem emocjonalnym, bólem i wręcz derealizacją rzeczywistości. Nawet jeśli jest ono odwzajemnione, przeczuwam rychły koniec lub czuję się niegodna miłości, wręcz ułomna. Mam w zwyczaju ignorować, często nawet obrażać mężczyzn, którzy mi się podobają. Oczywiście, gdy z wiadomych przyczyn mają mnie dość, mnie zaczyna bardzo zależeć. Masochistyczne kółko się zamyka. Zdarzyło mi się kiedyś zadurzyć w nauczycielu i w księdzu. Pociągali mnie niedostępni. Czuję się bardzo samotna. Zawsze po odrzuceniu kogoś postanawiam, że następnym razem zbiorę się na odwagę i postaram się zmienić zachowanie, ale ten schemat się powtarza. Szukałam źródła problemu w rodzinnym domu, jednak wyraźnych zaniedbań ze strony rodziców brak. Moje relacje z nimi nie są bardzo ciepłe, ale wiem, że mnie kochają. Znam charakter mojej mamy i wiem, że jest nieco introwertyczną osobą. Dopatruję się podobieństw do niej w sobie – może moja osobowość nie pozwala mi się do końca otworzyć. Czuję się opuszczona i wybrakowana, a przy tym mam wyrzuty sumienia. Bardzo chcę to zmienić, ale nie wiem jak. Proszę o pomoc.
Karolina
Pani Karolino,
dziękujemy za ten list. Opisuje Pani coś, z czym w gabinecie spotykamy się bardzo często: ogromną potrzebę bliskości i jednocześnie silny lęk przed nią. Gdy ktoś zaczyna się zbliżać, pojawia się odruch ucieczki, a gdy ta osoba się oddala, tęsknota wraca. To nie dowód na to, że jest Pani „wybrakowana”. To schemat, który kiedyś miał swój sens, a dziś nie pozwala Pani żyć tak, jak by Pani chciała.
Dlaczego uciekamy przed tym, czego pragniemy?
Psychologowie nazywają taki stan konfliktem dążenia i unikania. Ta sama sytuacja, czyli bliska relacja, jednocześnie przyciąga i budzi lęk. Im bliżej jest druga osoba, tym silniejszy staje się lęk; im dalej, tym mocniej odzywa się tęsknota. Stąd zamknięte koło, które Pani opisuje: odrzuca Pani mężczyzn, którzy się Pani podobają, a gdy się wycofują, zaczyna Pani na nich bardzo zależeć.
Z listu wynika też, że zakochanie kojarzy się Pani przede wszystkim z bólem, utratą kontroli i zapowiedzią rychłego końca. Jeśli tak wyobrażamy sobie miłość, trudno się dziwić, że ucieczka wydaje się bezpieczniejsza. Chroni przed cierpieniem, ale odbiera też szansę na dobre doświadczenie. Przekonania „jestem niegodna miłości” czy „jestem ułomna” z każdą kolejną ucieczką tylko się utrwalają. Taki lęk przed bliskością rzadko pojawia się bez powodu i zwykle ma długą historię.
Dlaczego pociągają nas osoby niedostępne?
Zauroczenie nauczycielem czy księdzem nie jest przypadkiem. Uczucie do kogoś, z kim związek jest niemożliwy, pozwala przeżywać tęsknotę i zakochanie bez ryzyka prawdziwej bliskości. Nikt nie zobaczy nas z bliska i nikt nas nie odrzuci, bo nic się naprawdę nie zaczyna. Podobne przyciąganie i odpychanie, czyli wycofanie się w chwili, gdy relacja staje się realna, opisujemy w studium przypadku „Niewidzialne więzienie”.
Skąd to się bierze?
Pisze Pani, że w domu nie było wyraźnych zaniedbań, a relacje z rodzicami są dobre, choć niezbyt ciepłe. To ważna obserwacja. Nie potrzeba wyraźnej krzywdy, by dziecko nauczyło się, że o uczuciach się nie mówi, że bliskość jest czymś niepewnym albo że na miłość trzeba zasłużyć. Często wystarczy dom, w którym czułość okazywano rzadko, a z emocjami każdy radził sobie sam. Takie pierwsze doświadczenia kształtują styl przywiązania, czyli wyuczony w dzieciństwie sposób przeżywania bliskości i reagowania na jej brak. Z tego samego źródła często biorą się niska samoocena i kompleksy.
Podobieństwo do mamy, które Pani zauważa, też może mieć znaczenie. Sama introwersja nie przeszkadza w budowaniu bliskich relacji, bo oznacza przede wszystkim potrzebę ciszy, a nie lęk przed ludźmi. Czym innym jest jednak wyniesiona z domu powściągliwość w okazywaniu uczuć, której można się oduczyć.
Co może pomóc?
Jak Pani sama zauważa, zrozumienie mechanizmu nie wystarcza. Chłodna analiza nie zmienia reakcji, które pojawiają się w ułamku sekundy, dlatego zmiana przychodzi raczej przez nowe doświadczenia. Pierwszym z nich bywa zauważanie momentu ucieczki: tego, co dzieje się w Pani tuż przed odrzuceniem kogoś, kto się Pani podoba, jaka myśl się wtedy pojawia i jakie uczucie. Kolejnym są małe kroki. Nie trzeba od razu wchodzić w związek; czasem wystarczy dłuższa rozmowa albo drugie spotkanie, mimo że lęk podpowiada wycofanie.
Pomaga też odróżnianie uczuć od faktów, bo przeczucie, że relacja zaraz się skończy, jest uczuciem, a nie przepowiednią. Ważna jest wreszcie łagodność wobec siebie. Wyrzuty sumienia i surowe oceny, o których Pani pisze, nie mobilizują do zmiany, tylko wzmacniają przekonanie, że coś jest z Panią nie tak.
Kiedy szukać pomocy psychoterapeuty?
Schemat, który Pani opisuje, powtarza się od lat i pogłębia poczucie samotności. W takiej sytuacji psychoterapia jest dobrym rozwiązaniem. W bezpiecznej relacji z terapeutą można zrozumieć, skąd wziął się lęk przed bliskością, przyjrzeć się przekonaniom o sobie i o miłości, a potem stopniowo zbierać nowe doświadczenia: że można się otworzyć i nie zostać zranionym. Z takimi trudnościami pracujemy w psychoterapii osób samotnych i mających trudności w budowaniu relacji.
Najczęstsze pytania
Dlaczego niektóre osoby uciekają przed tymi, którzy im się podobają?
Najczęściej z lęku przed bliskością. Bliska relacja jednocześnie przyciąga i budzi obawę przed zranieniem lub odrzuceniem, więc gdy ktoś zaczyna się zbliżać, ucieczka przynosi ulgę. Później wraca tęsknota i schemat się powtarza.
Czy zakochiwanie się w osobach niedostępnych może świadczyć o lęku przed bliskością?
Bywa jego sygnałem, zwłaszcza gdy powtarza się przez lata. Uczucie do kogoś, z kim związek jest niemożliwy, pozwala przeżywać zakochanie bez ryzyka prawdziwej bliskości, dlatego dla osób, które boją się zranienia, bywa bezpieczniejsze niż relacja z kimś, kto odwzajemnia uczucie.
Czy lęk przed bliskością może minąć?
Można go stopniowo zmniejszać, choć zwykle wymaga to czasu i nowych doświadczeń w relacjach. W psychoterapii pracuje się nad źródłami lęku i nad tym, by bliskość przestała kojarzyć się z zagrożeniem.






Dodaj komentarz
Chcesz się przyłączyć do dyskusji?Feel free to contribute!