
Część poradnika „Już cię nie kocham. Kiedy mąż albo żona chce rozwodu” · część 3 z 4
– W poniedziałek powiedział, że składa pozew. We środę przyniósł mi kwiaty. W piątek znowu, że to koniec. Ja już nie wiem, co on właściwie chce.
– A jak pani myśli, czy on sam to wie?
Pacjentka, która zadała nam to pytanie, przez trzy miesiące prowadziła w telefonie notatki. Zapisywała, co mąż powiedział danego dnia, i próbowała z tego odczytać, czy chce odejść, czy zostać. Wpisów z „chce odejść” było trochę więcej, więc uznała, że decyzja zapadła. Tymczasem on, kiedy w końcu przyszedł z nią na spotkanie, powiedział, że sam liczył to samo, tylko po swojej stronie. Oboje liczyli, a żadne nie pytało.
Skąd bierze się taka huśtawka? Z tego, że decyzja o rozwodzie prawie nigdy nie jest jedną decyzją. Jest raczej sporem, który toczy się w jednej głowie między dwoma głosami. Jeden mówi: „Tak dłużej nie można”. Drugi odpowiada: „Ale przecież to jest moja rodzina”. W poniedziałek wygrywa pierwszy, we środę drugi. Człowiek, który stoi obok i słucha tylko tego, co w danym dniu zostało wypowiedziane na głos, nie ma pojęcia, że przysłuchuje się dyskusji, a nie werdyktowi.
Wahanie nie jest grą
Osoba, która chce ratować małżeństwo, często odbiera takie zmiany nastroju jako okrucieństwo albo manipulację. Myśli: „Bawi się mną”, „trzyma mnie w niepewności”, „chce, żebym się płaszczyła”. Rozumiemy, skąd bierze się ta złość. Jednak bardzo rzadko spotykamy kogoś, kto waha się dla przyjemności. Znacznie częściej spotykamy osoby, które wahają się, bo nie mają odwagi ani na jedno, ani na drugie. Boją się odejść, bo nie wiedzą, co będzie dalej. Boją się zostać, bo wiedzą, co było do tej pory.
Wahanie bywa też dziedziczne, tak jak wiele innych rzeczy w rodzinie. Kto dorastał w domu, w którym rodzice latami mówili o rozstaniu i nigdy się nie rozstali, zna ten stan od środka. Jako dziecko nauczył się żyć w zawieszeniu i jako dorosły potrafi w nim trwać bardzo długo, bo zawieszenie jest mu znane, a decyzja nie.
Po czym poznać, że decyzja jeszcze nie zapadła
Ci, którzy naprawdę postanowili odejść, zachowują się inaczej niż ci, którzy o odejściu tylko mówią. Różnica nie leży w słowach, tylko w tym, co dzieje się między słowami.
Ten, kto się waha, wciąż się kłóci. Kłótnia jest męcząca, ale oznacza, że ten człowiek nadal próbuje coś drugiej stronie wytłumaczyć i wciąż liczy na to, że zostanie zrozumiany. Kto podjął decyzję, przestaje się kłócić, bo przestaje potrzebować zgody partnera na to, co postanowił. Jest uprzejmy, rzeczowy i trzyma dystans.
Ten, kto się waha, nadal robi drobne rzeczy. Przynosi kwiaty we środę, dzwoni zapytać, czy odebrać dziecko, zostawia na stole kubek z herbatą. Potem w piątek mówi o rozwodzie i wydaje się, że kwiaty nic nie znaczyły. Znaczyły. Były głosem tej części, która chce zostać.
Ten, kto się waha, mówi o rozwodzie w czasie przyszłym i warunkowym. „Chyba powinniśmy się rozstać”, „nie wiem, czy to ma sens”, „może byłoby nam lepiej osobno”. Kto podjął decyzję, mówi w czasie teraźniejszym i o konkretach: o mieszkaniu, o pieniądzach, o tym, kiedy powiedzieć dzieciom.
I wreszcie ten, kto się waha, nie zrobił jeszcze żadnego kroku, którego nie dałoby się cofnąć. Nie wynajął mieszkania, nie poszedł do prawnika, nie powiedział rodzicom. Mówi, ale nie robi. Dla osoby, która to słyszy, jest to nie do zniesienia. Z punktu widzenia małżeństwa jest to jednak dobra wiadomość, bo oznacza, że drzwi wciąż są otwarte.
Wahanie nie mija od czekania
Osoba, która chce ratować małżeństwo, zwykle słyszy, że partnerowi trzeba dać czas. Że kiedy sam będzie wiedział, czego chce, przyjdzie i to powie. Brzmi to rozsądnie, a jednak wahanie rzadko mija od samego czekania. Zwykle się przedłuża. Każdy tydzień bez decyzji sprawia, że następny tydzień bez decyzji przychodzi łatwiej. Zawieszenie, które na początku było nie do zniesienia, z czasem staje się sposobem na życie.
Takie zawieszenie ma swoją cenę. Płaci ją osoba, która chce ratować, bo każdego dnia czyta z twarzy partnera, czy to już dziś. Płaci ją ten, kto się waha, bo nie może ani odejść, ani naprawdę zostać. Płacą ją też dzieci, które uczą się, że dorośli mogą latami żyć jedną nogą za drzwiami.
Nie znaczy to, że partner w domu powinien codziennie domagać się odpowiedzi. Ultimatum postawione w złości i ze strachu, jak pisaliśmy w poprzedniej części, wymusza pewność, której jeszcze nie ma. Czym innym jest jednak nacisk, a czym innym spokojna prośba, żeby oboje przestali żyć w zawieszeniu. Można ją wyrazić na przykład tak: „Zależy mi na nas. Nie chcę dłużej zgadywać, czego chcesz. Chodźmy do kogoś, kto pomoże nam spróbować to naprawić”.
Decyzja o tym, żeby spróbować
W Sensity prosimy pary, żeby po pierwszych spotkaniach podjęły decyzję o pracy nad swoim małżeństwem. Chodzi o postanowienie, że przez określony czas, zwykle kilka miesięcy, oboje naprawdę spróbują ratować związek i będą się zachowywać tak, jakby to postanowienie obowiązywało. Nie musi to być przysięga na całe życie. Ważne jest jednak, żeby przez ten czas oboje wiedzieli, czego chcą, i żeby nikt nie stał już jedną nogą za drzwiami.
Dlaczego tak bardzo nam na tym zależy? Dlatego, że terapia, na którą jedna osoba przychodzi jedną nogą, a drugą zostaje za drzwiami, szybko zamienia się w przedłużenie domowego zawieszenia. Wahanie przenosi się wtedy do gabinetu. Raz para przychodzi pełna nadziei, a raz jedno z nich oznajmia, że właściwie nie wie, po co tu jest. Taka kokieteria trzyma w niepewności nie tylko partnera, ale cały proces terapii, a im dłużej trwa, tym trudniej się z niej wycofać. Osoba, która chce ratować, czeka wtedy już nie tylko w domu, ale na każdej sesji.
Kiedy para postanawia spróbować, nawet na określony czas, wiele się zmienia. Para przestaje liczyć, kto ile razy powiedział „odejdę”, i zaczyna pracować nad tym, co doprowadziło ją do tego miejsca. Ten, kto się wahał, może wreszcie zaangażować się bez poczucia, że wydaje na siebie wyrok. Ten, kto chciał ratować, może przestać czytać z twarzy partnera i zająć się własną częścią. A jeśli po tym czasie któreś z nich nadal będzie miało wątpliwości, będzie je miało po prawdziwej próbie, a nie po latach domysłów.
Zdarza się, że jedno z małżonków nie jest gotowe na taką decyzję. Wtedy pracujemy z tym, które jest gotowe, bo zmiana jednej osoby zmienia cały układ. Piszemy o tym w kolejnej części.
Dla tych, którzy sami nie wiedzą, czy zostać
Ten poradnik czyta też wiele osób, które same są rozdarte między odejściem a pozostaniem. Mówią o rozwodzie i zaraz się z tego wycofują, kupują kwiaty i żałują, że je kupiły. Takie wahanie samo w sobie nie jest problemem. Pokazuje, że obok chęci odejścia jest w tej osobie także przywiązanie: do męża albo żony, do wspólnej historii i do rodziny, którą razem zbudowali. Problemem staje się dopiero wtedy, gdy trwa latami i odsuwa w nieskończoność próbę ratowania małżeństwa.
Najlepszym wyjściem z wahania jest postanowienie, że przez najbliższe miesiące uczciwie spróbuje się ratować to małżeństwo, ze wszystkim, co to oznacza. Takie postanowienie pozwala wreszcie przejść przez próg, zamiast w nim stać.
Próbę ratowania małżeństwa zawsze można podjąć. Lat spędzonych w zawieszeniu nikt już nie odzyska.
Umów konsultację dla pary
Pierwsze spotkania, zwykle trzy, mają charakter konsultacji. Po nich terapeuta dzieli się swoim spojrzeniem na sytuację i proponuje plan dalszej pracy. Prowadzimy terapię par online i w gabinecie w Warszawie. Gdy partner na razie nie chce przyjść, pracę można zacząć samodzielnie.
O poradniku
Poradnik przygotowała Marta Mauer-Włodarczak, psychoterapeutka par i założycielka poradni Sensity, razem z zespołem psychoterapeutów Sensity. Z parami pracuje od 2006 roku. Poradnia Sensity od 2010 roku pomaga parom w kryzysie, online i w gabinecie w Warszawie.
Spis treści poradnika · część 3 z 4
Jeśli sytuacja wygląda inaczej
- „Etapy związku: od zakochania do kryzysu” – jeśli nikt jeszcze nie mówi o rozwodzie, ale kłótnie albo chłód trwają od dawna.
- „Zdrada” – jeśli kryzys zaczął się od zdrady albo w tle jest ktoś trzeci.
- Gdy partner nie chce iść na terapię – jak wygląda praca jednej osoby nad małżeństwem i jak się na nią umówić.

