
Część poradnika „Już cię nie kocham. Kiedy mąż albo żona chce rozwodu” · część 2 z 4
– Mąż powiedział wczoraj, że chce rozwodu. Nie spałam całą noc. Co mam teraz zrobić?
– A co pani już zrobiła?
– Rozmawiałam z nim do trzeciej w nocy. Rano zadzwoniłam do jego matki. A potem spakowałam mu walizkę, żeby zobaczył, jak to jest.
Walizka stała w przedpokoju przez trzy dni. Mąż obchodził ją rano, kiedy wychodził do pracy, i wieczorem, kiedy wracał, a żadne z nich nie odważyło się jej ruszyć. Czwartego dnia wyniósł ją do samochodu.
Skąd bierze się taki pomysł? Z lęku, który nie pozwala czekać. Kiedy w małżeństwie pada słowo „rozwód”, bezczynność wydaje się nie do zniesienia, więc człowiek robi cokolwiek, byle tylko coś robić. Szczególnie trudno czekać tym, którzy w dzieciństwie musieli czuwać nad nastrojami rodziców. Nauczyli się wtedy, że każda niepewność wymaga natychmiastowego ruchu, i w dorosłym życiu reagują tak samo. Tymczasem w pierwszych tygodniach po słowie „rozwód” to właśnie pospieszne ruchy osoby, która chce ratować małżeństwo, wyrządzają zwykle więcej szkody niż słowa osoby, która chce odejść. Wszystkie te ruchy płyną z miłości i ze strachu. Prawie wszystkie działają jednak odwrotnie, niż by się chciało.
Wyprowadzka nie daje przestrzeni, tylko próbę rozstania
„Daj mu przestrzeń”, „niech zobaczy, jak to jest bez ciebie” – takie rady słyszy się od przyjaciółek, od rodziny, czasem od kogoś w pracy. Brzmią rozsądnie, bo wydaje się, że tęsknota zrobi to, czego nie zrobiły rozmowy. W rzeczywistości dzieje się coś innego. Partner, który zostaje sam w mieszkaniu, dość szybko przyzwyczaja się do nowego układu, a nowy układ zaczyna wyglądać jak próba generalna rozstania. Rozmowy, które mogłyby się toczyć przy wspólnym stole, przenoszą się do wiadomości, a w wiadomościach łatwo o nieporozumienie i bardzo trudno o ciepło.
Dużo więcej daje zwykła codzienność pod jednym dachem. Wspólne śniadanie z dziećmi, ustalenie, kto odbierze córkę z basenu, rozmowa o rachunku za prąd – to wszystko wydaje się bez znaczenia, a jednak właśnie w takich chwilach pojawia się czasem gest, którego nikt nie planował. Od takiego gestu zaczyna się odbudowa. Nie trzeba przy tym udawać, że nic się nie stało, ani dzielić sypialni. Wystarczy być w tym samym domu.
Jest jeden wyjątek. Jeśli w domu dochodzi do przemocy, bezpieczeństwo jest ważniejsze niż wszystko inne.
Ultimatum wymusza pewność, której jeszcze nie ma
„Albo idziemy na terapię, albo koniec.” „Masz tydzień, żeby się zdecydować.” Ultimatum daje na chwilę złudzenie, że sytuacja wróciła pod kontrolę. Druga strona słyszy w nim jednak przymus, a człowiek przyparty do ściany zaczyna się bronić. Najprostsza obrona w takiej chwili brzmi: „W takim razie koniec”.
Wiele osób, które mówią dziś o rozwodzie, wcale nie jest go tak pewnych, jak brzmią. Myśl o odejściu przychodzi, słabnie i wraca, a człowiek przez wiele tygodni sam nie wie, czego chce. Ultimatum odbiera mu ten czas. Zmusza go, żeby udawał pewność, której nie ma, a z udawanej pewności bardzo trudno się potem wycofać bez utraty twarzy.
Wiele rozwodów zapada dlatego, że nikt nie zrobił kroku w tył
Na drugiej rozprawie siedzieli po dwóch stronach sali. Ona miała w torebce zdjęcie dzieci z wakacji, które rano wyjęła z ramki, sama nie wiedząc po co. On przez całą rozprawę patrzył w okno. Kiedy sędzia zapytała, czy widzą szansę na pojednanie, oboje odpowiedzieli, że nie. Kilka miesięcy później, już po rozwodzie, ona przyszła do nas i powiedziała, że do ostatniej chwili czekała, aż on powie: „Spróbujmy jeszcze raz”. Nie wiedziała, że on czekał na to samo.
Takich historii jest bardzo wiele. Wiele osób do ostatniej chwili liczy na to, że współmałżonek się opamięta, czasem nawet na sali sądowej. W głębi duszy nie chcą tego rozwodu, ale czekają na ruch drugiej strony. Ona złożyła pozew, więc uważa, że to ona musiałaby go wycofać, a tego nie zrobi, bo wyglądałoby to na słabość. On się wyprowadził, więc uważa, że to on musiałby wrócić, a wrócić bez zaproszenia nie potrafi. Każde z nich ma swoje racje. Każde boi się też tego samego: że kto pierwszy powie „poczekajmy”, ten przegrał. Szczególnie trudno przychodzi to tym, którzy w dzieciństwie zawsze musieli przepraszać pierwsi. Jako dorośli zrobią bardzo wiele, żeby nie znaleźć się w tej roli jeszcze raz.
Badania pokazują, że to nie są pojedyncze przypadki. W Minnesocie zapytano ponad dwa tysiące rodziców, którzy byli już w trakcie rozwodu, co myślą o swoim małżeństwie. Co czwarty uważał, że da się je jeszcze uratować. W co trzeciej parze jedna osoba była gotowa spróbować. Mimo to sprawy toczyły się dalej, bo rozwód, raz uruchomiony, nabiera rozpędu. Pojawiają się pisma, pełnomocnicy, ustalenia w sprawie dzieci i majątku, a każdy z tych kroków utrwala przekonanie, że decyzja już zapadła. W polskich sądach prawie każda sprawa rozwodowa, która doczeka się wyroku, kończy się rozwodem. Oddalenie pozwu zdarza się mniej więcej raz na sto spraw. Machina, raz uruchomiona, sama się nie zatrzyma. Ktoś musi ją zatrzymać.
Wycofać się można na każdym etapie. Pozew da się cofnąć, a sąd może zawiesić postępowanie, jeśli małżonkowie zgodnie powiedzą, że chcą jeszcze spróbować. Najtrudniejsze jest wypowiedzenie pierwszego zdania. Nie musi ono brzmieć jak kapitulacja. Wystarczy powiedzieć: „Nie jestem pewna, czy naprawdę tego chcę. Zanim pójdziemy dalej, porozmawiajmy”. Wiele małżeństw, które dziś przychodzą do nas na terapię, zawdzięcza swoje drugie życie temu, że ktoś odważył się powiedzieć to pierwszy.
O trzeciej w nocy nikt nikogo nie słucha
Osoba, która chce ratować małżeństwo, często każdego wieczoru zaczyna tę samą rozmowę. Tłumaczy, prosi, przypomina dawne wakacje, rozkłada na części własne błędy. Rozmowa ciągnie się do późnej nocy i kończy się łzami albo trzaśnięciem drzwiami. Po trzech tygodniach mąż zaczyna wracać z pracy coraz później. Trudno mu się dziwić, bo wie, co czeka go w domu.
John Gottman, który przez lata badał pary w swoim laboratorium, mierzył małżonkom tętno w czasie kłótni. Zauważył, że w pewnym momencie organizm włącza alarm. Serce przyspiesza, myślenie się zawęża i człowiek po prostu przestaje słyszeć, co się do niego mówi. Od tej chwili nawet najmądrzejsze słowa trafiają w próżnię, a rozmowa, która miała zbliżyć, tylko oddala.
Dlatego w pierwszych tygodniach lepiej umówić się na jedną trudną rozmowę w tygodniu, o stałej porze. Kiedy któreś z małżonków czuje, że emocje biorą górę, warto przerwać na dwadzieścia minut i wrócić do rozmowy, gdy obojgu uspokoi się oddech. Reszta tygodnia ma prawo być zwyczajna, nawet nudna, bo właśnie w zwyczajnych dniach małżeństwo odzyskuje grunt pod nogami.
Kto szuka, ten znajdzie
Lęk przed utratą partnera popycha do szukania dowodów. Telefon zostawiony na stole, historia w przeglądarce, wyciąg z karty, niewinne pytanie do wspólnej znajomej – każde z tych miejsc obiecuje odpowiedź. Tymczasem każde znalezisko, nawet zupełnie niewinne, zostaje odczytane jako potwierdzenie najgorszych obaw. Zwykłą wiadomość od koleżanki z pracy o terminie zebrania czyta się wtedy pięć razy i za każdym razem szuka się w niej drugiego dna. Kiedy zaś partner przyłapie na sprawdzaniu, dostaje gotowy argument, że w tym domu nie da się już oddychać.
Jeśli w tle naprawdę jest ktoś trzeci, uczciwiej jest zapytać wprost, w spokojnej chwili: „Mam wrażenie, że coś się zmieniło, i boję się, że jest w tym ktoś jeszcze. Wolę usłyszeć prawdę, niż się domyślać”. Odpowiedź może zaboleć. Mimo to daje więcej niż miesiące podejrzeń, bo z prawdą można coś zrobić, a z podejrzeniami nie.
Rodzina pamięta dłużej niż małżonkowie
W kryzysie każdy potrzebuje kogoś, komu może się wypłakać. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy o rozwodzie wie już cała rodzina, a rodzice obu stron stają murem za swoim dzieckiem. Jeśli małżeństwo przetrwa, a wiele małżeństw przetrwa, matka, która przez trzy miesiące słuchała, jak zięć skrzywdził jej córkę, nie zapomni tego tak szybko jak sama córka. Teściowa również nie zapomni.
Lojalność wobec rodziny pochodzenia jest bardzo silna i potrafi utrudnić powrót bardziej niż sam kryzys. Para, która się odbudowuje, musi wtedy naprawiać nie tylko swój związek, ale także obraz współmałżonka w oczach rodziców. To bywa praca na lata.
Dziecko nie może być powiernikiem rodzica
– Mamo, nie płacz. Zrobię ci herbatę.
Piętnastoletnia córka, która co wieczór siedzi przy matce i słucha, jak bardzo ojciec ją zranił, nie jest dla niej oparciem. Jest dzieckiem, które przejęło obowiązki dorosłego. W jej głowie układa się proste zdanie: „Mama jest smutna, więc nie mogę jej martwić”. Od tej chwili nie powie już, że sama się boi, że tęskni za tatą albo że ma kłopoty w szkole. Ma przecież ważniejsze zadanie.
W psychologii nazywamy to parentyfikacją, czyli odwróceniem ról, w którym dziecko opiekuje się rodzicem zamiast odwrotnie. Wielu dorosłych nosi ten ciężar przez całe życie i wnosi go także do własnych małżeństw. Szerzej piszemy o tym w poradniku „Niewidzialne klatki”. Dzieci wiedzą, że w domu dzieje się coś złego, nawet jeśli nikt im nic nie mówi. Nie trzeba jednak opowiadać im o rozwodzie, zanim dorośli cokolwiek postanowią. Taka rozmowa przyjdzie wtedy, gdy rodzice będą wiedzieli, co dalej, i najlepiej, żeby przeprowadzili ją razem.
Decyzje podjęte w strachu budują nowe życie
Niektórzy w odruchu obrony szybko robią kroki, których potem nie da się łatwo cofnąć. Wystawiają mieszkanie na sprzedaż, przelewają oszczędności na osobne konto, zmieniają pracę. Czasem wiążą się z kimś nowym, żeby nie zostać samemu. Taki związek rzadko jest związkiem. Częściej jest znieczuleniem, które działa dopóty, dopóki nie trzeba spojrzeć na to, co naprawdę się stało. Każdy z tych kroków daje poczucie, że życie wraca pod kontrolę. Jednocześnie każdy buduje rzeczywistość, w której naprawa małżeństwa robi się coraz trudniejsza.
Co daje małżeństwu szansę
Najpierw potrzebny jest spokój osoby, która chce ratować. Brzmi to banalnie, ale człowiek, który nie śpi, nie je i pracuje na ostatkach sił, nie przeprowadzi żadnej rozmowy tak, jak by chciał. Sen, jedzenie, spacer i jedna zaufana osoba do rozmowy nie są w tym czasie luksusem. Są warunkiem, żeby w ogóle móc o cokolwiek zawalczyć.
Zamiast przekonywać, lepiej poprosić o rozejm. Można powiedzieć: „Nie decydujmy teraz o rozwodzie. Dajmy sobie trzy miesiące na prawdziwą próbę i poprośmy o pomoc kogoś, kto zna takie sytuacje”. To zdanie nie wymaga od partnera obietnicy na całe życie. Prosi o decyzję, że przez określony czas oboje spróbują, a na to zgodzić się dużo łatwiej. W Sensity po pierwszych spotkaniach prosimy pary właśnie o taką decyzję: że przez kilka miesięcy oboje naprawdę spróbują.
Najtrudniejsze jest przyjrzenie się własnej części. W pierwszych tygodniach widać przede wszystkim winę drugiej strony. Za konkretne zachowania odpowiada ten, kto się ich dopuścił. Jednak za układ, który doprowadził do wieczoru, kiedy padło słowo „rozwód”, odpowiadają zwykle oboje małżonkowie. I oboje mogą go zmienić. Kiedy jedno z nich zaczyna zmieniać swoje reakcje, zamiast domagać się zmiany od drugiego, partner to zauważa, nawet jeśli przez długi czas nic nie mówi. Dlatego pracę można zacząć samodzielnie, kiedy druga strona na razie nie chce rozmawiać.
Walizki, która stoi w przedpokoju, nie trzeba wynosić do samochodu. Można ją po prostu rozpakować.
Umów konsultację dla pary
Pierwsze spotkania, zwykle trzy, mają charakter konsultacji. Po nich terapeuta dzieli się swoim spojrzeniem na sytuację i proponuje plan dalszej pracy. Prowadzimy terapię par online i w gabinecie w Warszawie. Gdy partner na razie nie chce przyjść, pracę można zacząć samodzielnie.
O poradniku
Poradnik przygotowała Marta Mauer-Włodarczak, psychoterapeutka par i założycielka poradni Sensity, razem z zespołem psychoterapeutów Sensity. Z parami pracuje od 2006 roku. Poradnia Sensity od 2010 roku pomaga parom w kryzysie, online i w gabinecie w Warszawie.
Źródła
- W. J. Doherty, B. J. Willoughby, B. Peterson, „Interest in Marital Reconciliation Among Divorcing Parents”, Family Court Review, 2011.
- Ministerstwo Sprawiedliwości, dane o sprawach rozwodowych w sądach okręgowych (2012), za: Instytut Wymiaru Sprawiedliwości, „Oddalenie powództwa o rozwód w sprawach, w których małżonkowie mieli wspólne małoletnie dzieci”, 2018.
- J. Gottman, R. Levenson, badania nad pobudzeniem fizjologicznym par w czasie konfliktu; Gottman Institute, „The Empirical Basis for Gottman Method Couples Therapy”.
Spis treści poradnika · część 2 z 4
Jeśli sytuacja wygląda inaczej
- „Etapy związku: od zakochania do kryzysu” – jeśli nikt jeszcze nie mówi o rozwodzie, ale kłótnie albo chłód trwają od dawna.
- „Zdrada” – jeśli kryzys zaczął się od zdrady albo w tle jest ktoś trzeci.
- Gdy partner nie chce iść na terapię – jak wygląda praca jednej osoby nad małżeństwem i jak się na nią umówić.

