Aktywność fizyczna to sprawdzony lek na depresję i niskie poczucie własnej wartości Sensity.pl

Aktywność fizyczna to sprawdzony lek na depresję i niskie poczucie własnej wartości

Dużo się mówi o tym, że aktywność fizyczna poprawia nastrój. Sprawia, że jesteśmy szczęśliwsi, że lepiej czujemy się sami ze sobą, że jest świetnym lekarstwem na depresję czy chociażby złe samopoczucie…

Czy rzeczywiście tak jest? Czy jeśli zrobimy coś dla swojego ciała to poprawimy stan ducha?

Postanowiłam sprawdzić to na własnej skórze!

1 maja, godzina 6:00 – pobudka i początek Fit Boot Campu. Dzień wolny od pracy, a ja muszę zrywać się na równe nogi? To nie będzie dobry dzień… Oj, chyba nie dotrwam do południa..

6:30 Rozgrzewka

Na dworze +4st, a ja mam biegać po górach przez godzinę? Nierealne… Ale nie mam wyjścia. Trener krzyczy, żeby zagęszczać ruchy. Rozgrzewamy się, maszerujemy, za chwilę już wszyscy biegną. Wkoło góry, śpiewające ptaki, piękne widoki, a ja się zastanawiam, co ja tu robię? Przychodzą myśli, że nie dam rady, że nie podołam… Pierwszy kwadrans biegu, łapie zadyszkę, kręci mi się w głowie od nadmiaru tlenu w płucach. Nie jest dobrze. Mam ochotę zawrócić, zwolnić, poddać się, ale trener dopinguje, motywuje, że to początek, a na początku zawsze jest trudno… Mimo, że w to nie wierzę, to odnajduje w sobie siłę, zaciskam zęby i biegnę dalej. Niepostrzeżenie mija godzina…dotarliśmy do celu.. Jak to? Dałam radę? Przecież zakładałam najczarniejszy scenariusz. A jednak się udało!  Mimo, że myślałam, że nie dam rady, poradziłam sobie. Cały dramat rozgrywał się przecież wyłącznie w mojej głowie, ciało przecież jest wytrzymałe i przetrwa wiele. Odczuwam satysfakcję. Mam uśmiech od ucha do ucha i dziwne motyle w brzuchu ze szczęścia. Niesamowite uczucie!

8:30 Śniadanie

Cczuję, że zasłużyłam na zdrowy posiłek, moje ciało i dusza się radują. Celebruję każdy kęs. Mija godzina… Robię się senna…chętnie zaszyłabym się pod kołdrą. Jednak okazuje się, że to czas kolejnego treningu (chodzenie po górach, wspinaczka, rower, skakanka, bieganie itp.),  który z przerwami na posiłki potrwa do 18:00. To jakiś żart? Ok, godzinę biegania wytrzymałam i nawet mi się podobało, ale cały dzień?! Ja chcę odpocząć, zaszyć się gdzieś sama… Aaaaaa!! Jednak idę. Trener skutecznie mnie zmobilizował informując, że, jeśli ktoś się wyłamie cała grupa nie odbędzie treningu. Jasna choroba, no przecież nie zrobię im tego. Wstaję z marnym nastawieniem i dołączam do reszty. Przed nami cały dzień ostrego wycisku. Trudno, raz się żyje. Spróbuję….

I tak przez 3 dni

Miotały mną emocje bezsilności, bezradności i strachu naprzemiennie z poczuciem radości, satysfakcji i nieopisanego szczęścia. Nigdy nie miałam pewności, czy dam radę, ale z każdym dniem miałam coraz więcej odwagi, żeby próbować swoich sił, testować granice własnej wytrzymałości. Aż 4. dnia rano poczułam głód pozytywnych emocji, które odczuwałam za każdym razem, gdy wykonałam trening. Poczułam, że dam radę. Skoro inni mogą, to mi też się uda! Dochodzę do wniosku, że większość ograniczeń naprawdę istnieje tylko w mojej głowie i to one uniemożliwiają mi robienie wielu rzeczy, które mogłyby okazać się przyjemne i dać sporą satysfakcję.

Czy udałoby mi się przeżyć to wszystko samej? Bez pomocy innych ludzi? Bez skutecznej motywacji ze strony trenera? Prawdopodobnie bym odpuściła po pierwszych kilku minutach… Brak było chęci, przekonania że to ma sens i brak było sił. Jednak mobilizacja i pozytywne argumenty przyniosły efekt. Otworzyły oczy, dały nową perspektywę. Czy nie brzmi to podobnie jak w przypadku terapii? Dużo tu analogii… Warto o tym pamiętać.

 Autor: Gabriela Piasecka- Pełka

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *